Rajcza po raz piąty z Pucharem Bosko

  • 10 września 2018, Robert Karp

Ekipy „Przyjaciół” zjechały do Jaworza, rozgrzewka, wprowadzenie, zawodnicy wychodzą na środek, hymn, modlitwa i …. burza z deszczem. Decyzją Sztabu Organizacyjnego przenosimy się do nowo wybudowanej hali sportowej. Jak dobrze, że właśnie została oddana do użytku.

Można było spokojnie zmienić arenę rozegrania tego meczu. Zmieniły się zasady, jeśli chodzi o halę, ale reszta bez zmian. Tak zawodnicy, jak i organizatorzy, musieli mieć chwilę na przygotowanie wszystkiego. Gotowi? Jednak nie tak od razu. Lekarz, który od lat jest opiekunem medycznym podczas wszystkich naszych rozgrywek – pan Paweł Sułowski ma urodziny. Zabrzmiało gromkie sto lat, symboliczne kopnięcie piłki przez zacnego jubilata – to był znak – panowie gramy.

Gra wyrównana, wymiana ciosów i gorąco pod dwiema bramkami. Nagle jakieś ruchy w szeregach Buczkowic, schodzi po upływie 2 minut zawodnik i grają całą pierwszą połowę w osłabieniu. Dlaczego? Co zrobili „The Blues”, że trzeba było osłabić zespół, mimo, że mają rezerwowych? Okazało się, że nie dopilnowali regulaminu, który jasno mówi w punkcie 6: „Zawodnik młodszy (klasy 4 – 6) zaczyna mecz w wyjściowym składzie i gra przez całą pierwszą połowę. Później można go zmienić. Jeżeli drużyna nie miałaby zawodnika młodszego, wówczas gra całą pierwszą połowę w osłabieniu.”  Buczkowice miały zawodnika, ale już z 7 klasy, więc musieli grać w osłabieniu całą pierwszą połowę. To spowodowało, potrzebę gry bardziej defensywnej, ale mimo wszystko potrafili się kilkakrotnie odgryźć Rajczy, stwarzając zagrożenie pod bramką Sebastiana Motyki, który mimo wszystko bronił skutecznie. Jednak na prawdziwego bohatera wyrastał z każdą minutą Dawid Czubiński. Tyle obronionych piłek, to tylko jego zasługa, że tak długo utrzymywał się wynik bezbramkowy. Potwierdził tym samym, że nieprzypadkowo znalazł się w reprezentacji Bosko Cup.

„Galaktyczni” z każdą minutą przyciskali, a Buczkowice dzielnie się broniły, od czasu do czasu też się „odgryzając”. Aż w końcu Jakub Ficoń znalazł drogę do bramki i rozwiązał worek z golami. Później jeszcze dwie bramki i na przerwę schodzili z bagażem trzech goli. Po zmianie stron i w pełnym już składzie, udało się „The Blues” złapać kontakt, ale dość szybko mocnym i precyzyjnym strzałem Łukasz Worek odebrał jakiekolwiek nadzieje na zwycięstwo Buczkowicom. Dorzucone kolejne cztery bramki, przy jednej, jakże efektownej akcji Sebastiana Palucha, dały piąty Superpuchar Rajczy, która śrubuje te swoje rekordy na Bosko Cup bezsprzecznie.

Pewnie dużo dało to, że mistrzowie lata grali całą połowę w osłabieniu, ale właśnie kiedy było ich mniej paradoksalnie grali lepiej niż wówczas, gdy byli w komplecie tracąc pięć bramek. Worek, Dadak, Motyka i bracia Ficoniowie okazali się znów „Galaktyczni”, grając futbol mądry, dojrzalszy i bardziej zespołowy z większą wymianą podań, szukając cierpliwie sposobności, aby zadać decydujący cios. Dokładność podań i gra piłką to atuty, które od lat charakteryzują ministrantów z parafii, gdzie króluje Matka Boża Kazimierzowska. A oni nadal „królują” na boiskach Bosko Cup.

Buczkowice zaś zbyt egoistycznie, na siłę i bez zdrowego rozsądku, podeszli do tego meczu, dlatego druga próba skończyła się fiaskiem. Ale kiedy masz tak klasowy zespół jak Rajcza naprzeciwko siebie, jest ciężko, aby odnieść zwycięstwo. Co ważne, obie ekipy stworzyły fajne widowisko i ciekawy dla kibiców mecz.

Z bloga BoskoCup